Scroll to top
© 2021, Theofeel

Zdarza się tak, że robię bilans swojej przeszłości i z nadzieją spoglądam w przyszłość. Czasami staję przed Panem jak Faryzeusz w poczuciu swojej sprawiedliwości. Czasem moja postawa jest bliższa celnikowi i poczuciu grzeszności. Czekam na czas, który okaże się bardziej owocny. Czas, w którym zaplombuję ubytki swojego życia dobrymi uczynkami. Snując plany ktoś wylewa na mnie wiadro zimnego rozczarowania. Plany bywają ambitne. Kiedyś z nadzieją patrzyłam na świat, myśląc, że mogę go zmienić a tymczasem to świat zmienia mnie.

Myślimy czasem, że inni dostali wędkę na duże ryby a my malutkie akwarium. Irytujemy się poczuciem bylejakości i marnujemy czas na księgowanie przeszłościowo – przyszłościowe. Nie dostrzegamy przy tym, że Pan Bóg owszem wyposażył nas w akwarium, ale ze złotymi rybkami. To nasze dziś. Dziś, które jest skarbem, który czasem trzeba wydobywać spod gruzu frustracji, zmęczenia, obowiązków. Nie wiemy przecież czy jutro będzie nam dane. Zastanawiając się nad swoimi wielkimi planami, żyjąc w strefie swoich minionych i przyszłych dni zapominamy o tym największym i najbardziej rzeczywistym dzisiaj. Wokół nas żyją ludzie, którzy potrzebują miłości i zainteresowania. Ludzie, którzy potrzebują spojrzenia w ich kierunku. Wokół nas żyją ludzie głodni dobrego słowa, spragnieni uśmiechu, nadziei, szansy, zaufania…

Gdyby sytuacja się diametralnie zmieniła i nasza przyszłość bardzo realnie mogłaby nie istnieć? Czy nasza szansa została wykorzystana? Szansa dzisiejszego dnia?

Kiedy odwiedzam cmentarz, miejsce pamięci i słyszę nawet w oddali organistę, który wygrywa dźwięki rozpaczy, kiedy czuć zimny i przeszywający dotyk śmierci, która przychodzi bez zapowiedzi, zastanawiam się, dlaczego żałobnicy płaczą. Za życiem, które się skończyło za wcześnie? Za miłością? Za tym wszystkim, co mogło jeszcze przynieść te życie, które właśnie wkroczyło na inny, nieznany nam poziom? Może jeszcze nie zdążyli powiedzieć „Kocham”?

Śmierć. Sam dźwięk tego słowa przenosi nas w zupełnie inną rzeczywistość. Jakąś pełną lęku, mimo wiary. Pełną mroku, chłodu i grozy. Boimy się śmierci, która jest tak samo realna i prawdziwa jak my. Śmierci, która przychodzi do młodych i do tych, których czas trwał dłużej. Przychodzi do dzieci i do starców. Do znajomych, nieznajomych i przyjaciół. O śmierci nie można myśleć subtelnie, bo ona przychodzi nieproszona. Do jednych z głośnymi kroplami wlewów dożylnych, na szpitalnym łóżku, do innych za zakrętem, do jeszcze innych wkrada się jak włamywacz, kiedy są najmniej czujni… Zabiera wszystko. Poglądy, marzenia, pragnienia, żale, radości, niedopowiedzenia, smutki, łzy… Zabiera bezwzględnie jak komornik, u którego nasze długi nabierają ogromnych kształtów. Przecież my nie mamy być nikomu nic dłużni poza wzajemną miłością. „Nikomu nie bądźcie nic dłużni poza wzajemną miłością.” (Rz 13, 8) Tym bardziej, że ona nie umiera.

Dzisiaj mamy jeszcze szansę na to, aby wiele zmienić. Może przeprosić, wybaczyć? Mamy szansę na miłość. Możemy kogoś nią dotknąć albo poczuć jej dotyk. Może kogoś podnieść na duchu, może wesprzeć? Może zmienić siebie? Może komuś podarować banknot? Innemu banknot czasu? Komuś, kto od dawna jest pogrążony w debecie samotności? Kogoś posłuchać? Zadzwonić po latach? Przytulić? Powiedzieć „Kocham”? Może wdrapać się na firmament kolan?

Śmierć nie powinna budzić strachu, tylko motywację. Skoro się jej boimy to znaczy, że lubimy żyć. Kochamy życie mimo wszystkich trudności i mimo łez. Kochajmy życie rozsądnie, aby śmierć nie przyszła wszystkiego nam zabrać tylko dać. Życie wieczne i miłość, która nie umiera. Śmierć więc jest największym wyzwaniem dla każdego. Życie to wędka, którą możemy łowić największe ryby nawet wtedy, kiedy wydaje się to niemożliwe… Wystarczy posłuchać Jezusa. Może jak kiedyś Piotr?

Iwona Sakrajda

Related posts