Scroll to top
© 2021, Theofeel

Nowy Rok. Niedziela. Kolejna okazja do tego, by pozbierać swoje myśli, zaznać smaku ciszy i przyjrzeć się pozornie nic nie znaczącym drobiazgom. Żadnego pośpiechu, zapchanej skrzynki mailowej, odgłosu pędzących i trąbiących samochodów… Mówiąc krótko – przede mną wspaniały czas, kiedy mogę rozkoszować się BYCIEM.

Kościół za mną, kilkugodzinny spacer z bliskimi także (jakie to wspaniałe uczucie nie musieć co chwilę spoglądać na zegarek!). Nadchodzi więc czas, by pobyć trochę z samym sobą. Równowaga musi być. Zamykam się w swoim pokoju, włączam bożonarodzeniowe lampki dające przytulne światło. Za oknem panuje już zmrok. I cisza. Od czasu do czasu wybuchnie jeszcze tylko jakaś petarda.

Zostawmy jednak petardy i wróćmy do ciszy, przed którą większość z nas odczuwa paniczny wręcz strach… Dlaczego? Bo w niej dochodzi do głosu wszystko, co kryje się w naszym wnętrzu. Słowo „wszystko” oznacza zarówno to, co jest naszym powodem do dumy, jak i to, czego się wstydzimy, co wypieramy z naszej świadomości. W ciszy nic nie zdoła się ukryć, wszystko wydostaje się na zewnątrz ze zdwojoną siłą…

Czy konfrontacja z własnym „ja” jest jedynym powodem, dla którego zdecydowana większość z nas unika ciszy? Nie, jest jeszcze jedna przyczyna. W ciszy przemawia do nas Bóg. A my zazwyczaj nie chcemy słyszeć Boga. Bo słowa naszego Pana niezwykle rzadko współgrają z naszymi słowami. Pozwolić Bogu dojść do głosu znaczy otworzyć się na Jego wolę. Zaś przyjęcie Bożej woli jest równoznaczne z nieustanną walką z samym sobą, z ciągłym przekraczaniem samego siebie. Czy podejmujesz taki wysiłek?

Jakiś czas trwam w ciszy. Trochę rozmyślam o minionym roku, a trochę o nowym. Oczywiście kończy się na tym, że krytycznie i dokładnie przyglądam się całemu mojemu dotychczasowemu życiu… A później nie myślę o niczym konkretnym. Smakuję ciszy, wsłuchuję się w rytm swojego serca i cieszę się, że… żyję.

Nagle przypominam sobie, że w kochanej radiowej Trójce leci Top Wszechczasów. Czym prędzej zrywam się z kanapy i włączam sprzęt. „Oho, ucieka przed sobą i swoimi myślami” – pomyślisz sobie pewnie. A wcale że nie! Oczywiście, muzyka może pomagać nam w ucieczce z rzeczywistości, ale nie musi. Wszystko zależy od nas, od naszych intencji. Dla mnie możliwość usłyszenia najważniejszych piosenek minionych dziesięcioleci jest doskonałą okazją do głębokiej refleksji. Refleksji nad sobą, rodziną, znajomymi i, co najważniejsze, nad Bogiem.

Górnolotnie to wszystko brzmi, wiem, ale naprawdę tak jest. Prawie z każdą piosenką łączy mnie jakaś historia, albo chociaż wspomnienie. Przenoszę się w minione lata, doznaję tych samych emocji, których doznawałam jako dziecko i nastolatka. Nie będzie przesadą, jeżeli stwierdzę, że niektóre utwory stanowiły dla mnie impuls do zmiany swojego życia, a nawet do zacieśnienia więzi z Bogiem. Dziękuję Panu za te piękne doświadczenia, dziękuję Mu za dzisiejszy dzień, a przede wszystkim za ten niezwykły wieczór, w którym przeszłość miesza się z teraźniejszością i przyszłością. Czuję się trochę jak w innej rzeczywistości – stworzyłam sobie w moim pokoju kawałek Nieba i zachłannie się nim rozkoszuję. Odpoczywam. Moje ciało i moja dusza zbierają siły po bardzo ciężkim dla mnie czasie.

Czy ludzie XXI wieku potrafią jeszcze odpoczywać? Wydaje mi się, że nie, ponieważ trudno nazwać odpoczynkiem piątkowy albo sobotni wieczór spędzony na „piciu” oraz niedzielę, przeznaczoną na, jak to teraz młodzież określa, „ogarnięcie się”… A skoro ludzie nie potrafią odpoczywać, to tym bardziej nie są w stanie przejść w wymiar sacrum. Bo spotkanie z Bogiem wymaga umiejętności wyciszenia się, zatrzymania, refleksji… Świat natomiast pędzi. Pół biedy, gdyby pędził z tęsknoty za wiecznością i spotkaniem z Panem Bogiem, ale chyba nikomu nie muszę udowadniać, że tak niestety nie jest.

Nigdy nie zapomnę słów pewnej osoby, która wiele lat temu przyznała mi się, że nie lubi niedziel. „A to niby dlaczego?” – zapytałam oburzona i zaciekawiona jednocześnie. „A bo w niedzielę nic się nie dzieje!” – odpowiedziała z zadowoleniem. Ręce i nogi opadają… Wtedy nie wiedziałam, jak mam rozumieć te słowa, byłam bardzo młoda, ale po latach zrozumiałam, w czym tkwi problem. Ta osoba miała nieuporządkowane serce i zgiełkiem codzienności chciała zagłuszyć swój wewnętrzny chaos.

Smuci mnie fakt, że spotykam coraz więcej ludzi uważających niedzielę albo dni świąteczne za nudne, nieatrakcyjne, czy wręcz męczące. A przecież to właśnie wtedy można zasmakować pełni człowieczeństwa. To właśnie wtedy można doświadczyć Boga, a nawet poczuć przedsmak Nieba… Jeżeli nie potrafimy się tym cieszyć, to znaczy, że nasze dusze wymagają gruntownej renowacji. Jest styczeń, początek nowego roku – idealny czas na remont. Nie tylko naszych mieszkań….

Iwona Płotka

Related posts