Scroll to top
© 2021, Theofeel

Przewartościowanie własnego życia przypomina pościg za „lepszym i nieznanym”. I może dlatego nie zawsze wiadomo, gdzie jest meta tych poszukiwań? Tak łatwo jest zapętlić się w tej pogoni i przyjąć perspektywę nieustannego dążenia do ideału, nie dostrzegając tego, co już się osiągnęło. Trudno w końcu zatrzymać się i powiedzieć sobie „dość!”, kiedy jeszcze tyle rzeczy wydaje się być do poprawy…

W drodze ku zmianom

Zainicjowanie wędrówki po „nowego” siebie to bodaj jedna z najważniejszych i najbardziej odpowiedzialnych decyzji, jakie można podjąć. W końcu nie każdy jest w stanie przyznać się przed samym sobą do pewnych ułomności, które wymagają wprowadzenia stosownych „modyfikacji”. Ba, jeszcze mniej osób w ogóle dostrzega, że coś jest „nie tak”, zwłaszcza, jeżeli na co dzień funkcjonuje w bliźniaczo podobnym do siebie środowisku. W takich momentach przychodzi czas na niepojętą interwencję Boga, który za pośrednictwem Swojej łaski dotyka ludzkiego serca i pokazuje mu jego nędzę. Nie po to, aby go stłamsić, przyprawić o depresję i pozostawić go samego sobie z tym jakże „cudownym” odkryciem, ponieważ człowiek sam z siebie nic nie może z nim zrobić! Bóg pozwala mu przejrzeć na oczy, aby ten zaczął Go szukać i doznawać cudu przemienienia. I to jest początek największych porządków w sercu, duszy, umyśle oraz…  zetknięcia się z własną bezsilnością. Im prędzej uzmysłowimy sobie, że wszystko jest w Jego rękach, nie w naszych, tym lepiej dla nas. Jednak zanim to nastąpi… Rzucamy się w wir pracy nad sobą, która ma nas uczynić ludźmi bardziej świadomymi siebie, swoich możliwości – po prostu szczęśliwszymi. Przynajmniej takie jest założenie. Tej podróży towarzyszy przewartościowanie dotychczasowych relacji oraz bolesne zderzenie z własnymi ograniczeniami. A wystarczy po prostu uznać swoje granice i rozwijać swój potencjał w oparciu o akceptację tego, jacy jesteśmy! Budowanie nadmiernych oczekiwań i spodziewanie się cudów prowadzi do rozczarowania i… wkładania jeszcze większego wysiłku w zmiany. A to już prosta droga do zatracenia siebie, swojej wartości, do osłabienia relacji z Bogiem. Wystarczy „tylko” żyć tu i teraz, bez wybiegania w przyszłość, układania scenariuszy możliwych wydarzeń czy wręcz przeciwnie – unikając trwania w negatywnej przeszłości. Gdzie w tym wszystkim czas na zwyczajne życie?

Przychodzisz Panie mimo drzwi zamkniętych

Otaczanie się coraz to kolejnymi sposobami przybliżającymi do “wyśnionej idylli” powoduje, że pozostawiamy coraz mniej miejsca na działanie Boga. A to przecież On jest i przyczyną, i sprawcą ludzkiej przemiany! Czy byłbyś teraz w stanie zawierzyć Jemu wszystko i przyjąć to, co dla Ciebie przygotował, rezygnując tym samym ze swojego planu na życie? W końcu, kiedyś przychodzi moment „przesytu” i powoli zaczynamy odcinać to, co dawało nadzieję na „nowe otwarcie”, „nowy rozdział” naszego życia  – kolejne warsztaty rozwoju, grupy wsparcia, terapie… Co dalej? Jak odnaleźć się w nowej – starej rzeczywistości, która – tak na dobrą sprawę – pozostaje właściwie niezmienna? „Nie szukaj tego, co jest zbyt ciężkie, ani nie badaj tego, co jest zbyt trudne dla ciebie. O tym rozmyślaj, co ci nakazane, bo rzeczy zakryte nie są ci potrzebne. Nie trudź się niepotrzebnie nad tym, co siły twoje przechodzi  – więcej, niż zniesie rozum ludzki, zostało ci objawione. Wielu bowiem domysły ich w błąd wprowadziły i o złe przypuszczenia potknęły się ich rozumy” (Mądrość Syracha 3, 21-24). Utknięcie na etapie wiecznego analizowania siebie i szukania związków przyczynowo – skutkowych w otaczającej nas rzeczywistości jest zgubne. Bo gdzie jesteśmy my? Owszem, możemy zmagać się z tym, co nas przerasta, tyle że będzie to nic więcej, jak tylko Syzyfowy wysiłek. Przecież zawsze znajdzie coś, z czym sobie nie radzimy… Dlaczego więc nie skupić się na tym, do czego jesteśmy predestynowani, nie odkryć swojego życiowego powołania i samookreślić się? Jakie miejsce w tym chaosie przygotowaliśmy dla Boga? Czy On wymaga od nas perfekcji i obiecuje Swoje dary w zamian za spełnienie określonych wymagań? Nie! Sami je sobie narzucamy, ponieważ tak trudno rozstać się ze swoją wizją świata, ze złudnym poczuciem kontroli nad tym, co nas spotyka. A przecież… „wystarczy byś był, nic więcej, tylko byś był, by Twoje skrzydła otuliły mnie…”, aby uwierzyć, że „jak biały jacht w nieznany płynę dzień”, w którym tylko obecność Jezusa powinna być stałą, niezmienną wartością. Reszta jest względna, nieprzewidywalna i nie dająca się w pełni zaplanować. Po co więc marnować siły na to, na co nie mamy wpływu? Jak dalece bardziej bylibyśmy szczęśliwsi, gdybyśmy cały swój wysiłek skierowali na naukę ufności Temu, który cierpliwie czeka na moment, w którym pozwolimy Mu obdarować nas prawdziwie autentycznie nowym życiem.

Przemek Sobolewski

Related posts