Scroll to top
© 2021, Theofeel

Maksymilian Kolbe (tak naprawdę Rajmund Kolbe) urodził się 8 stycznia 1894 r. w Zduńskiej Woli, która wtedy była w zaborze rosyjskim. Jego ojciec był Niemcem, matka zaś Polką. Historia zakonnika jest o tyle ciekawa, że Rajmund mniej więcej w okresie 1902-1906 objawiła mu się Matka Boska. Maryja miała mu wtedy zaproponować łaski czystości I męczeństwa. Jak sam opisywał tymi słowami: “Prosiłem Matkę Bożą, żeby mi powiedziała, co ze mną będzie… Wtedy Matka Boża pokazała mi się trzymając dwie korony: jedną białą, a drugą czerwoną. Spytała, czy chcę tych koron; biała miała oznaczać, że wytrwam w czystości, a czerwona, że będę męczennikiem. Odpowiedziałem, że chcę dwie…”.

Jak się później okazało, okazja do spełnienia obowiązku męczennika przyszła niespodziewanie. W trakcie agresji niemieckiej na polskę w 1939 r., razem ze współbraćmi z Zakonu NIepokalanów zajmował się leczeniem rannych żołnierzy. NIestety 28 maja 1941 roku, trafił do obozu koncentracyjnego w Auschwitz, gdzie otrzymał już sławny w całej Polsce numer 16670. Kapłan nie mógł w obozie liczyć na łagodne traktowanie. Nie tylko dlatego, że miał polskie korzenie i jawnie się do tego przyznawał, ale również przez swoją katolicką posługę. Kaci z Auschwitz mieli specjalne narzędzia tortur dla tego typu więźniów. Kolbe mimo nie najlepszej kondycji zdrowotnej, dostawał najcięższe prace fizyczne do wykonywania. Zwykły upadek lub potknięcie, było idealnym pretekstem dla oprawców do bicia i kopania Kolbego, aż do utraty przytomności.

W lipcu tego samego roku, w obozie podczas apelu odkryto, że brakuje jednego więźnia. Gdy do godziny trzeciej nie znaleziono więźnia, zwyczajem obozowego komendanta (nazywanego Fritzem) było znalezienie ofiary. Przykry los miał paść na Franciszka Gajowniczka, który gorzko zapłakał nad losem swoich dzieci i żony, które zostałyby bez jego opieki. Wtedy to Maksymilian Kolbe miał wystąpić przed szereg, a na pytanie Fritza: “Czego ta polska świnia chce?” “ Ja jestem katolickim księdzem z Polski. Ja chciałbym zająć jego miejsce, ponieważ on ma żonę i dzieci”. Zdziwiony komendant, dał rozkaz powrotu Gajowniczkowi do szeregu, zaś Kolbe został wysłany do komory głodu, gdzie przebywali już inni więźniowie.

Każdego dnia z bunkra głodu, usuwani byli przez wartownika więźniowie, którzy zmarli. Z zapisów dokumentacji obozowej, można się dowiedzieć, że z momentem przybycia Maksymiliana Kolbe do bunkra atmosfera znacznie uległa zmianie. NIe było już słychać jęków i krzyków, a zamiast tego słyszalne były modlitwy różańcowe i hymny na cześć Maryi, którym przewodniczył Maksymilian.

Ojciec Kolbe zmarł 14 sierpnia 1941 dobity zastrzykiem trucizny przez funkcjonariusza obozowego, kierownika izby chorych Hansa Bocka. Jego ciało zostało spalone w obozowym krematorium. Natomiast 25 października 1944 Franciszek Gajowniczek został przeniesiony do obozu koncentracyjnego KL Sachsenhausen, gdzie doczekał się wyzwolenia przez wojsko amerykańskie.

Historia ta z pewnością wprawia w pewną zadumę, zachwyt i przyprawia o niemałe dreszcze. Co jednak dla mnie jest najbardziej niesamowitego oprócz heroicznego poświęcenia dla drugiego człowieka? Praktycznie nie znał Gajowniczka, a był gotów oddać za niego najcenniejsze co dostał – życie. Najbardziej niesamowite jest to, że Maksymilian w zupełności oddał się Woli Bożej. Przyjął wszystko co Bóg miał w swoim planie dla niego, także to bolesne błogosławieństwo. Właśnie przez Ojca Kolbego, zdałem sobie sprawę, jak wielkim zaszczytem może być śmierć męczeńska. Maksymilian Kolbe był niczym rycerz posłany przez Boga, a zwyciężył w najbardziej bohaterski sposób. Zwyciężył miłością, zgodnie z poleceniem mistrza, Jezusa Chrystusa: “To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich”.

Kacper Pankowecki

Related posts