Scroll to top
© 2021, Theofeel

Od wielu lat spotykam się z cierpieniem ludzi. Z bólem fizycznym i psychicznym, z obolałymi emocjami i smutnymi, stęsknionymi twarzami.

Pracuję zawodowo jako pielęgniarka i chociaż kocham swój zawód i pracę jaką wykonuję, nie tym chciałam się podzielić.

Zawsze kiedy spotykam się ze zjawiskiem osamotnienia, opuszczenia najbardziej mnie ono dotyka. Samotność, która coraz częściej staje się epidemią w dzisiejszym świecie. Dużo mówi się o starości, o jej potrzebach, trudnościach i dyskomfortach. Świadomość jest coraz większa, jednak nie przekłada się to na panującą sytuację. Nie potrafię zrozumieć jak to jest możliwe, że ludzie, którzy wychowali, ukształtowali swoje, często dorosłe już dzieci są tak samotni. Zaprzyjaźnieni jedynie ze swoim bólem, cierpieniem i łzami. Pozostają zdani na łaskę i niełaskę obcych. Dzieci tych samotnych, opuszczonych ludzi spełniają swoje plany, ambicje. Mierzą wysoko niczym drapacze chmur w Nowym Jorku, nie dostrzegając tego co tuż obok, wręcz depcząc wszystko co poniżej. Każdy człowiek jako dziecko potrzebował rąk rodziców, które z czasem stają się pomarszczone i słabe. Zatroskane twarze z wypisanym na twarzy smutkiem i nadzieją na gest miłości, przyprószone siwizną głowy, jeszcze nie dawno pełne pomysłów i rozwiązań wszystkich problemów swoich dzieci. Dziś zostaje im samotność, tęsknota i poczucie bezużyteczności. Twarze z wypisanymi historiami przykrytymi tęsknotą i przedzierającym się przez nią uśmiechem…

Temat starości i opuszczenia jest wyczerpujący ale nasunęła mi się refleksja jak postępuję ja w stosunku do Boga, który jest moim Ojcem? Jakim jestem dzieckiem dla Boga, który dał mi życie, moją rodzinę, wszystko co mam, i który daje mi swoją miłość? Czy nie postępuję podobnie jak dzieci, które zapominają o swoich rodzicach, często chorych, samotnych czy przykutych do szpitalnych łóżek?

Bóg dzisiaj potrzebuje moich rąk do pomocy innym, potrzebuje moich ust do bycia Jego świadkiem, potrzebuje mojego serca do kochania. Przecież to właśnie On mi je dał, On oddał za mnie życie…

Kiedy jest potrzebny, wraca pamięć o Nim. Później powoli odsuwając się w swoje życie wracam do swoich planów i samej siebie. A On ciągle czeka i nieustannie daje możliwość powrotu, stęskniony za każdym z nas tak samo, wyczekujący każdego naszego gestu miłości. Miłość to troska, opieka, wsparcie. Jak się troszczę o swojego Jedynego Boga?

W szpitalach jest wielu samotnych i czekających na bliskich, smutnych ludzi.

Gdzie jest Nasz Bóg? Nie zamykamy Go w Tabernakulum zostawiając samemu sobie? On czeka na rozmowę z nami, na którą ciągle brakuje czasu. Modlitwa przekładana na chwilę grozy, kiedy potrzebna jest Jego namacalna pomoc…

Samotność, która wypatruje promyku zainteresowania i miłości z bolącym sercem i skrywaną łzą. Nasz Bóg codziennie czeka na każdego z nas. Chyba nie warto stawiać wieżowców ze swoich marzeń na fundamentach zbudowanych z tęsknoty serc, przykrywając nimi swoje korzenie. Nie wolno nam oddychać obojętnością . Redukując swoje własne potrzeby można zobaczyć gdzie potrzebuje nas Bóg.

Bóg czeka schowany w Tabernakulum, jak w szpitalnym łóżku… Najważniejsze aby Go zabrać ze sobą, nie odwiedzać raz na jakiś czas. Dbać i pielęgnować jak Największy skarb, którym przecież jest. To Nasz Ojciec, który dał nam życie, dał Miłość i Zbawienie. Ma dla nas coś więcej niż drapacze chmur. Mieszkanie w niebie.

Iwona Sakrajda

Related posts

Post a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *