Scroll to top
© 2021, Theofeel

To miał być miły i spokojny wieczór z książką w ręku, bowiem pogoda stanowczo nie zachęcała do opuszczania przytulnego mieszkania. Ciężkie krople deszczu od samego rana bębniły o parapety i wywoływały w moim sercu dziwny niepokój. Nie byłam w stanie w pełni skoncentrować się na żadnej, nawet najbardziej błahej, czynności. Czułam, że muszę wyjść, że muszę opuścić domowe pielesze, by przeżyć coś niezwykłego. Przy kolejnej próbie zrobienia czegoś konstruktywnego, nagle uświadomiłam sobie, że tego dnia miała odbyć się pewna konferencja z dziedziny teologii. Nie zastanawiając się nawet minuty, ubrałam pierwsze lepsze rzeczy, chwyciłam parasol i beztrosko krzyknęłam do mamy „No to na razie!”

Na miejsce dotarłam przemoczona do suchej nitki. Powitał nas karmelita, który wygłosił krótką przemowę. Zakonnik już miał oddać głos prelegentowi, gdy nagle ni stąd ni zowąd postanowił dopowiedzieć jeszcze jedno zdanie do swojej wygłoszonej przed chwilą mowy: „Są odejścia, które stanowią nowy rodzaj obecności.”

„REWELACJA!” – wymknęło mi się z ust, co trochę obruszyło siedzącą koło mnie Panią w średnim wieku… Nie przejmowałam się tym jednak, bo właśnie usłyszałam zdanie, które okazało się być balsamem dla mojej poranionej duszy. Ale dlaczego zdanie to akcentuje, że nie wszystkie odejścia są nowym rodzajem obecności? I w ogóle jakim cudem można odejść i nadal być obecnym? – zapytasz pewnie.

Któż tego nie zna – wyprowadzka przyjaciela, śmierć członka rodziny, rozstanie z bliską nam osobą ze względu na jej wymagające zmiany trybu życia powołanie… Przykładów odejścia o zabarwieniu pozytywnym, to znaczy dokonanym w przyjaźni i spowodowanym wyższą koniecznością, można mnożyć. Wszystkie one mają cechę wspólną – są niezależne od nas.

Jak to? Przecież nie trzeba się wyprowadzać – może ktoś powiedzieć. A właśnie, że są takie sytuacje, gdy trzeba. Mogą one być spowodowane zmianą pracy albo zbyt ciasnym mieszkaniem. Nie zmienia się miejsca zamieszkania bez powodu, tak sobie. Co do powołania – za tym stoi tylko i wyłącznie Pan Bóg, a jak On czegoś chce, należy Jego pragnienie zaspokoić. W przeciwnym razie będziemy niespełnieni i nieszczęśliwi. Czy w każdym z tych przypadków tracimy daną osobę? Absolutnie nie! Ośmielę się nawet powiedzieć, że relacja z nią może stać się głębsza i jeszcze bardziej zażyła. Wszystko zależy od nas. Mamy przecież wolną wolę i od razu możemy taką relację spisać na straty. No bo jak tu pielęgnować znajomość z osobą, której przy nas nie ma? Lepiej poszukać sobie kogoś nowego.

No pewnie… Wymienić człowieka na lepszy model… Halo, halo – albo jest przyjaźń albo jej nie ma. Wysil się trochę i zatroszcz o skarb, który znalazłeś. A jak będziesz sobie robił listy „za i przeciw” albo obstawiał, co się opłaca a co nie, to przegrasz wszystko- całe swoje życie.

Można też wpaść w histerię tzn. rzucić się na łóżko i średnio przez dwa tygodnie szlochać w poduszkę robiąc przy tym Panu Bogu żałosne wyrzuty. A potem, przez około dwa lata, rozpamiętywać, „stare dobre czasy” i do końca życia pozostać smutnym. Kiepskie…

Jest jeszcze trzecie wyjście – można dostrzec PIĘKNO i POTENCJAŁ odejścia. Pewnie myślisz sobie teraz „Czy tobie ktoś kobieto, coś dosypał do jedzenia?” Otóż nie. Bo spójrz na definicję odejścia: „zostać odjętym z jakiejś całości z określonym przeznaczeniem”. Odchodząca osoba ma do spełnienia jakieś zadanie, ma cel, który musi (a w zasadzie powinna) zrealizować. „Zostać odjętym” – strona bierna wskazuje tu na jakąś siłę wyższą. Dla wierzących będzie to Bóg, dla niewierzących jakaś niezidentyfikowana … siła wyższa… Interpretuj to sobie jak chcesz. W każdym bądź razie zrozum, że bliska Ci osoba ma do wykonania coś ważnego. Pozwól jej to.

Ale nie martw się, Ty również stajesz się częścią tej „misji”. Oczywiście pod warunkiem, że nie zakańczasz znajomości… Tak więc zarówno Twój bliski, jak i Ty stajecie się wykonawcami czegoś istotnego. Co to jest musisz sam odkryć. Ja już wiem, dlaczego Bóg pozwolił „odejść” najbliższej memu sercu osobie. Jeszcze parę miesięcy temu chodziłam nieprzytomna z jedną jedyną myślą w głowie: „Dlaczego?!” A teraz już wiem,że jak zwykle Pan Bóg genialnie wszystko zaplanował. Widzę zarysy tego, co przygotował, choć zdaję sobie sprawę, że wszystkiego przewidzieć i przeczuć nie mogę. Oczywiście czeka mnie dużo pracy, wysiłku i codziennego pokonywania siebie. To nie ulega wątpliwości. Muszę systematycznie dbać o naszą relację i każdego dnia się za nią modlić. Inaczej nie będzie dobrze. Wiem, że przyjdą chwile zwątpienia, bo szatan nie śpi. Ale wiesz co? Wszystko to przetrzymam, bo mam Boga i znam cel mojego wysiłku.

„Są odejścia, które stanowią nowy rodzaj obecności” – jakże się cieszę, że Bóg pozwolił tej osobie odejść! Tak, tak. Bo właśnie w tym oddaleniu możemy w pełni realizować nasze życiowe powołania. W tym oddaleniu możemy wzrastać. W tym oddaleniu możemy dokonać czegoś wielkiego i wzniosłego. W tym oddaleniu możemy lepiej poznać siebie nawzajem. Siebie samych zresztą też…

I jeszcze jedno – uświadomiłam sobie, że cały czas czuję obecność tej osoby. Myślę o niej każdego dnia, wszystko, co robię odnoszę do niej. I do Pana Boga, oczywiście. Dalej jesteśmy ze sobą. Tylko inaczej. Spotykamy się poprzez modlitwę i czynności, które wykonujemy pod wpływem naszych rozmów. Nasza więź się umacnia, bo łączy nas Pan Bóg. I nie obchodzi nas ten świat – czy będziemy tu nieustannie koło siebie, czy w oddali. Nawet śmierć jednego z nas nie jest nam straszna. Bo cóż zmienia śmierć? Co najwyżej tylko to, że umarły jest z nami przez 24 godziny na dobę. Tylko go nie widzimy.

Nas interesuje jedynie Wieczność, dlatego wypełniamy Bożą wolę i troszczymy się o zbawienie swoje oraz innych. Na nieustanne bycie koło siebie przyjdzie czas – tam u góry będzie go aż nadto.

Iwona Płotka

Related posts

Post a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *