Scroll to top
© 2021, Theofeel

Jakiś czas temu usłyszałam od pewnego człowieka kilka zdań, które niemalże odebrały mi wiarę w sens utrzymywania wszelkich relacji międzyludzkich. Oczywiście po kilku tygodniach nabrałam do tego zdarzenia nieco dystansu, jednak w dalszym ciągu odczuwam niesmak… Tak, słowa mają potężną moc…

Rozmawialiśmy sobie na różne życiowe tematy. Z tego względu, że oboje jesteśmy blisko Pana Boga, to nie trudno się domyśleć, że w pewnym momencie dyskusja zaczęła kręcić się wokół Kościoła. Oto, co mi powiedział o swoim podejściu do braci i sióstr z jego grupy religijnej:

Witam się już tylko z tymi osobami, które lubię. Nie chcę żeby ludzie, których nie darzę sympatią i którzy nie są w moim typie, źle interpretowali fakt, że się z nimi przywitam. Jeszcze przyczepią się do mnie i będę się męczył. Podchodzę więc tylko do tych, których uznaję za odpowiednich do dotrzymywania mi towarzystwa. Resztę po prostu ignoruję.

Szok. Najbardziej przerażające jest to, że on uważa swoje postępowanie za całkowicie słuszne. Nie pozostaje mi nic innego, jak modlitwa i nadzieja, że kiedyś Pan Bóg dopuści w jego życiu zdarzenie, które całkowicie przemieni jego serce.

Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swoich braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski. (Mt 5, 46-48)

Jezus uczy nas, by nieustannie wychodzić z własnej strefy komfortu, by codziennie przekraczać granice własnego ja. Nie wolno nam zamykać się w swoim „kręgu wzajemnej adoracji”, czyli grupie zapatrzonych w siebie osób, izolujących się od „grzesznej” rzeczywistości. Jesteśmy zobowiązany do tego, by szanować, miłować, „odkrywać” każdego człowieka, który staje na naszej życiowej drodze.

Nie chodzi o to, by każdego człowieka lubić, by z każdym wchodzić w zażyłe relacje. Byłoby to delikatnie mówiąc dziwne. Każdy z nas dobiera sobie przyjaciół pod własną osobowość i jest to zupełnie zrozumiałe i normalne. Nie można być w typie wszystkich ludzi. Po to się różnimy, by się wzajemnie ubogacać, by łączyć się w grupy, które będą mogły służyć innym i przemieniać rzeczywistość, w której przyszło nam żyć.

Trzeba jednak uświadomić sobie, że istnieje ogromna różnica między miłowaniem bliźniego, a lubieniem go. To, że kocham np. sąsiadkę albo współpracowników, to nie znaczy, że ich lubię. Być może brzmi to dziwnie i nieco skomplikowanie, ale już wyjaśniam, co mam na myśli.

Kochać oznacza pragnąć dla kogoś dobra i zauważać dobro w nim samym. Kochać to traktować kogoś jak człowieka, a nie jak psa (chociaż psy są obecnie lepiej traktowane niż ludzie…), czy po prostu jak zwykły przedmiot. Kochać to dbać o ukrytą w każdej osobie godność dziecka Bożego. Kochać to dostrzegać w bliźnim Chrystusa.

Inaczej jest z lubieniem drugiego człowieka. Ludzie darzą siebie nawzajem sympatią, ponieważ mają ze sobą coś wspólnego, łączy ich jakaś pasja, mają podobne cechy charakteru, czy też zbliżony światopogląd. Lubić kogoś oznacza zatem dostrzegać w kimś bratnią duszę. Aby zbudować przyjaźń, czy też koleżeństwo, niezbędne jest więc zarówno kochanie, jak i lubienie osoby, z którą pragnie się nawiązać bliższą relację.

Przyjaźni nie można nawiązać z każdym człowiekiem, bo przyjaźń oznacza intymność. Natomiast posiadanie związków z wszystkimi naokoło jest zaprzeczeniem intymności. Przyjaźń straciłaby wtedy swoją rangę.

W zwykłych, codziennych relacjach z innymi ludźmi potrzebujemy miłości, czyli pragnienia dla nich dobra. Czy jest możliwe kochanie każdego napotkanego człowieka? Cóż, sami z siebie niczego nie potrafimy, nie umiemy nawet nawiązać zdrowej relacji z własnym ja, a co dopiero z drugim człowiekiem, nie mówiąc już o Panu Bogu…

Jak zatem możemy nauczyć się miłować innych ludzi? Rozwiązanie nie jest skomplikowane, ale wymaga systematyczności i pokory, a cechy te, delikatnie mówiąc, nie cieszą się zbytnią popularnością wśród społeczeństwa. W każdym razie wystarczy, że każdego ranka zaprosimy Ducha Świętego do naszej codzienności. Tylko On jest w stanie przemieniać nasze serca, tylko On może napełniać nas darami, bez których nawiązywanie i utrzymywanie pięknych relacji międzyludzkich jest po prostu niemożliwe.

Nasuwa się jednak pytanie – czy na pewno chcemy pokochać bliźnich? Może najpierw musimy odnowić własne serce? Może pierwszym krokiem powinno być nawiązanie relacji z Panem Bogiem i z samym sobą a dopiero następnym wychodzenie do innych?

Segregowanie ludzi jest zjawiskiem starym jak świat. Ja napomknę tylko o najbardziej drastycznym – naziści także rozróżniali pomiędzy ludźmi “zasługującymi na szacunek”, a takimi, którym należało się jedynie pogardliwe spojrzenie i śmierć. A przecież wielu nazistów było praktykującymi katolikami…

Może zamiast segregowania ludzi na godnych i niegodnych naszej uwagi, zajęlibyśmy się segregowaniem… śmieci, bowiem świadomość ekologiczna jest u nas w dalszym ciągu bardzo niska.

Iwona Płotka

Related posts

Post a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *