Scroll to top
© 2021, Theofeel

Tak się w życiu jakoś dziwnie układa, że trudno dziś rozpoznać dobro. Bo co to właściwie znaczy w świecie, który próbuje nam wmówić, że wszystko jest relatywne? Jeśli na stole leży jeden kawałek tortu i jednocześnie ja i mój sąsiad mamy ochotę go zjeść, to każde z nas będzie postrzegało spełnienie swojego pragnienia jako swoje dobro. Jednocześnie jeśli kawałek jest tylko jeden i dostanę go ja to mój sąsiad, będzie bardzo zawiedziony. Może nawet uznać, że dotknęła go pewna niesprawiedliwość, tudzież zło. Jeżeli jednak mój towarzysz dostanie to czego żywo oboje pragniemy, wtedy to ja poczuję gorzki smak porażki. Pojawia się konflikt interesów. Człowiek bierze udział w wyścigu o swoje dobra. Codziennie. Niektórzy słusznie nazywają to wyścigiem szczurów.

Kompromis jako opcja? Czyli połowiczne zadowolenie i połowiczne niezadowolenie. Kompromis nigdy nie pojawia się jako pierwszy wybór. Kompromis jest zawsze efektem negocjacji. Człowiek zazwyczaj niechętnie zgadza się na rezygnację ze swojej części dobra, człowiek chce mieć wszystko – tylko dla siebie, samolubnie.

Nieprawda. Wszyscy czytamy to z głębokim poczuciem, że to nie do końca prawda. I mamy rację, ponieważ istnieje również inne pojęcie dobra, które każdy z nas nosi w sercu. Co więcej pojęcie to jest kompletnie niewymazywalne z serca, czegokolwiek byśmy w życiu nie zrobili i jak bardzo nie próbowali go zagłuszyć. Dziwne prawda? W brutalnym świecie, w którym rządzi dobór naturalny musi być to dziwne i niespotykane. I jest. Dobór naturalny przecież zazwyczaj funkcjonuje. Poza jednym gatunkiem, który uparcie miga się od typowych praw mających zapewnić przetrwanie. Tym gatunkiem jest człowiek. Człowiek, który ponad swoje własne dobro wybiera dobro większe, często z wielkim poświęceniem. Ta wielka i niewytłumaczalna postawa inspiruje brutalny świat wbrew wszystkiemu. To o niej pisane są rozprawy filozoficzne, wiersze, kazania czy mowy motywacyjne. Mając nawet w swojej polskiej historii za przykład Witolda Pileckiego, św. Andrzeja Bobolę, św. Stanisława czy każdego męczennika, o którym zdołamy się dowiedzieć widzimy jak wielkie znaczenie ma taka postawa dla świata. Jak porusza nasze serca. I to na zawsze. Pamiętamy o nich nawet długo po ich śmierci, bo cierpienie jakiego doświadczali odcisnęło niewymazywalną pieczęć na kartach historii. My szukamy tego dobra. Tego wielkiego i największego. To tak chcemy wybierać. Bo tylko dzięki temu, że skłaniamy się ku czemuś większemu niż nasz własny komfort, czujemy się naprawdę wolni i szczęśliwi.

Dwa tysiące lat temu wydarzyło się coś co na zawsze zmieniło świat i zdefiniowało pojęcie dobra i miłości. Przyszedł Bóg – do człowieka osobiście – tak po prostu. Przyszedł, wziął takich dwunastu, złamał wszelkie konwenanse i wszelkie nauki, by uświadomić nam jak naprawdę wybierać dobro. Jak kochać. A potem z pełną konsekwencją za to niewyobrażalne dobro, którym powinniśmy się kierować i z tą niewyobrażalną miłością, którą był On sam – umarł by na własnym przykładzie pokazać nam jak żyć – by odkupić nasze błędy. Ukazał jak cenne są wybory codzienności. Jak cenne jest wychodzenie poza pozorne dobro i dokonywanie rzeczy wielkich, wbrew temu co nakazuje własny interes. Czasami są to małe – wielkie rzeczy. Ustąpienie miejsca, rezygnacja z własnych ambicji, służba na rzecz bliźniego czy poświęcenie czasu, temu kto go potrzebuje. Takie drobne sprawy, w których nasz komfort umiera każdego dnia. Czyli wspomniana wcześniej, metaforyczna rezygnacja z tego kawałka tortu, który już uznaliśmy za swój i że się nam należy. Może dziś to będzie podanie ręki grzesznikowi, który nas gorszy. Może okazanie miłosierdzia komuś, na kim wszyscy już postawili krzyżyk. Ktoś kiedyś mądrze powiedział, że “świat jest taki jacy my jesteśmy”. Uczyńmy go lepszym. Tak jak oczekuje tego od nas Pan.

Marta Knihinicka

Related posts

Post a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *