Scroll to top
© 2021, Theofeel

Ks. Józef Tischner pisał: „Miłość sama w sobie jest nie do pojęcia, ale dzięki miłości możemy pojąć wszystko”. Nie da się pojąć obmycia nóg, bezsensowna jest logika krzyża, a pusty grób już się w ogóle w głowie nie mieści. Dlaczego uniżenie, cierpienie i sprzeczność sama w sobie są, symbolami Miłości? Dlaczego właśnie one są z Nią utożsamiane?

Promowana dzisiaj miłość nijak się ma do jakichkolwiek wyrzeczeń, nie mówiąc już o cierpieniu. W pojmowaniu świata, miłość ma uczynić szczęśliwym najpierw mnie samego. Logika prosta: miłość sprawi, że będę szczęśliwym. Prosta logika, chwytliwe hasło komercyjne, tylko “związki” na facebooku jakieś takie skomplikowane, tylko rodziny jakieś takie niepełne, tylko człowiek taki jakiś nieszczęśliwy. I oto paradoks! Ta miłość, która miała uszczęśliwić konkretnie mnie, powoduje coś odmiennego, czujemy jeszcze większą pustkę, większe rozżalenie. Po co kochać, skoro promowana miłość czyni człowieka nieszczęśliwym? A kogo to obchodzi? Dobrze się sprzedaje to bierzcie. Ładnie opakowany, z różową kokardką falsyfikat Miłości. Kto by się przejmował, że prowadzi donikąd? Są pieniądze, są zyski…tylko Miłości brakuje. Bo ta prawdziwa jest jakaś taka niewygodna, taka niepopularna, taka sponiewierana i taka niekorzystnie wyglądająca. Taka trudna i nie do pojęcia… A że prowadzi do szczęścia? Co z tego, skoro się nie sprzeda w kiosku za tanie pieniądze, skoro nie da się jej wypromować. Jej siostrzana karykatura jest o wiele łatwiejsza! Nią się zajmijmy i za nią pójdźmy. To nie będzie kosztowało wiele. Nie stracimy niczego oprócz przyjaciół, rodziny, oprócz samych siebie. Wszak to taka niska cena z krótką chwilę przyjemności… O zgrozo! Jaki dreszcz przeszywa na myśl, ile osób na świecie myśli w ten sposób, że tyle z nich daje się oszukać i szukając szczęścia zmierza ku bezdennej otchłani samotności. A wszystko dlatego, że nie chce się przyjąć Miłości pod postacią uniżenia, cierpienia i światowego nonsensu. Te elementy, w mniemaniu świata, są od siebie oddalone o całe lata świetlne. Ale niech nie świat będzie naszym drogowskazem, bo jak możemy wywnioskować z obserwacji, skończymy tylko bardziej poranieni i potłuczeni.

Czym jest uniżenie w świetle miłości? Jest przede wszystkim wyjściem ku drugiemu człowiekowi zapominając o sobie. Gdy chcemy kochać, musimy przestać istnieć dla siebie. Nie można patrzeć na miłość, jako na coś co ma uszczęśliwić mnie, ale należy na nią spojrzeć jako na narzędzie służące do stwarzania na czyjeś twarzy uśmiechu, do sprawiania, że czyjeś życie stanie się choć odrobinę lepsze, do dawania komuś poczucia bycia ważnym i docenionym… Gdy kocham, nie służę sobie, ale drugiemu. Tak jak Jezus, gdy obmył nogi swoim uczniom. Ukochał do końca, to i służył do końca- do ostatnich chwil życia. Umycie nóg daje tej służbie pełny wyraz, a na Chrystusa, który jest pełnią Miłości, patrzymy również jako na Chrystusa, który stał się sługą. Sługą, który pokazuje, że gdy kochamy, nie możemy stawiać siebie na pierwszym miejscu.

Co oznacza Miłość cierpiąca? Czy nie dałoby się obyć jakoś bez tego? Przecież to odstrasza tyle osób… O ile jeszcze uniżenie można by jakoś przełknąć, o tyle cierpienie jest nie do przyjęcia. Jakoś tak do Miłości nie pasuje… Ale czy na pewno? Skoro Miłość ma być, jak wcześniej mówiliśmy, uniżeniem, czyli zapomnieniem o sobie, to jak mogłoby się obyć bez cierpienia? Jezus powiedział „Miłujecie się wzajemnie jak Ja was umiłowałem” (J 13, 34). Gdzie zaprowadziła Jezusa Jego Miłość? Na krzyż. A my mamy kochać tak jak On. Przerażające, nieprawdaż? Przerażające, bo gdy uświadomimy sobie ile razy mieliśmy okazję wziąć na siebie czyjś krzyż, tak jak Jezus wziął nasz, a tego nie uczyniliśmy, to dochodzimy do wniosku, że nigdy tak naprawdę, do końca nie kochaliśmy. Ile razy minęliśmy kogoś kto nas potrzebował? Nie pomogliśmy, bo mieliśmy ciekawsze rzeczy do zrobienia, gonił nas czas, albo go wcale nie mieliśmy? Czy daliśmy się ukrzyżować? Czy cierpieliśmy w imię Miłości tak, jak uczy tego Jezus? Kochać to nie tylko nieść swój krzyż, ale nosić również krzyże innych osób.

I jeszcze pusty grób. Nonsens! Jak to logicznie wyjaśnić? Owszem, rzecz to nie do pojęcia, Miłość tak wielka, że nawet śmierć nie potrafi się jej oprzeć. Nie zrozumiemy pustego grobu, jeśli nie zrozumiemy potęgi Miłości Boga. Zmartwychwstanie będzie głupstwem dla tych, co Miłości nie pojęli, co Jej nie chcieli prawdziwie szukać. Ale ci, którzy Miłość odnaleźli, dążą przecież do zmartwychwstania. Śmierć w życiu człowieka prawdziwie kochającego, nie jest końcem, ale daje nowy początek, wprowadza do nowej rzeczywistości Miłości. Takiej, która zmartwychwstanie, by móc kochać pełniej i goręcej.

Zachodzi pewien paradoks między “miłością promowaną”, którą usiłuje sprzedać świat, a Miłością prawdziwą, którą darmo ofiarował Jezus. O “miłości światowej” mówi się, że jest łatwa, że daje pełnię szczęścia i zaspakaja w człowieku wszelkie potrzeby. Jednak gdy idziemy w jej kierunku, odkrywamy, że pustka, którą chcieliśmy w sobie zaspokoić staje się co raz większa i w rezultacie prowadzi do ogromu cierpień. Zaś Miłość, którą proponuje Jezus, uważa się, za szarą nudę, taką, która prowadzi do oszukiwania samego siebie. Jednak gdy już spróbujemy takową wprowadzić w życie, dostrzegamy, że właśnie wtedy nabiera ono barw i staje się prawdziwie piękne. Miłość, która wiąże się z uniżeniem, cierpieniem i nonsensem w oczach świata, prowadzi do prawdziwej radości i ukazuje prawdziwe piękno życia.

Sonia Szymańska

Related posts

Post a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *