Scroll to top
© 2021, Theofeel

Boża miłość w codzienności, bywa jak jazda na Roller Coaster.

Jeszcze dwa lata temu twierdziłam, że Bóg nie działa w mojej codzienności. Jednak NIC BARDZIEJ MYLNEGO. Wówczas to ja nie wpuszczałam Boga do mojej codzienności. Co więcej, jeszcze zaledwie półtora miesiąca temu nie zapraszałam Go do niej. Więc jak to się stało, że dziś o tym piszę? Na myśl ciśnie mi się określenie rodem z opisów związków w social media – to skomplikowane. Oszczędzę szczegółów i napiszę o tym dość oględnie, chociaż sensownie i co najistotniejsze – z wiarą.

Właściwie, jak przyglądam się temu czasowi za mną z perspektywy, widzę, że na wszystko był Boży plan, który w dodatku zakrawał na fabułę telenoweli brazylijskiej; z ludzkiego punktu widzenia pogmatwany, jednak GENIALNY w wykonaniu Pana Boga. W Boży plan wierzę, ale po ludzku miałam postawę: co jak co, ale MOJEJ codzienności przecież nie da się naprawić. Setki tysięcy razy słyszałam „Mogę wszystko, w Tym, który mnie umacnia”, ale jak się okazało – wszystko dla mnie nie oznaczało wyprostowania mojej codzienności, a w dodatku, skoro mogę, to JA się nią muszę zająć- JA mogę, a nie Najwyższy. No i się zajmowałam. Wydawało mi się, że całkiem nieźle, bo przecież się nawróciłam. Tylko dlaczego wciąż się nic nie zmieniało? Człowiek, który zupełnie od niedawna odkrywa Boga na nowo i stara się jakoś podążać za Nim, przeżywa szok, kiedy odkrywa również, że nie potrafi Mu zawierzyć w kwestii swojej codzienności. Owszem, wierzy w Boga i ma 100% pewności, że Bóg jest obok. Uznaje, że Jezus jest jego Panem i Królem, wierzy, że Bóg wiele w nim zmienia, i zmieniał… ale… CODZIENNOŚĆ to MOJA ludzka sprawa, moja sprawa! Co Boga obchodzi moja codzienność?! Przecież ona jest jakaś uszkodzona! Moja codzienność od jakiegoś czasu łatwa nie jest, bo już od trzech lat szukam konkretnej pracy, dźwigam to bezrobocie, dorabiam, jak umiem i dopadam każdej pracy, zlecenia. Przez to „bez pracy” pozostaję pod dachem rodziców. 30 –stka na karku, rwie mnie do normalności, dorosłości, własnego życia, dzieci (nawet się zaręczyłam), ale wszystko się rozbija o brak zatrudnienia. TAKA TA MOJA CODZIENNOŚĆ, więc jak Bóg ma przyjść do takiego “rozmemłanego czegoś”? Ten dobry, idealny, wszechmocny, przedwieczny Bóg ma się tym zainteresować, ubrudzić sobie ręce, pomóc…?

I tak w tym moim bulgoczącym garnku codzienności dusiłam się do niedawna, nie chcąc kipieć, nie podnosząc pokrywki i w dodatku nie pozwalając doprawić tej bulgoczącej, rozgotowanej mamałygi codzienności, najwspanialszemu wirtuozowi w nadawaniu życiu smaku – Panu Bogu. Ale… chociaż ja nie pozwalałam, to Pan Bóg znalazł sposób -swój genialny sposób- bo jest Miłością! Co prawda, wywrócił mój świat do góry nogami, potrząsnął mną mocno (właściwie trzeba powiedzieć wprost – sprowadził do parteru), a nawet bardzo mocno. Wymagał (właściwie to zaprowadził mnie na niwy zielone i kazał odpocząć), ale naprawił, a naprawił dlatego, że zaufałam Jego planowi, chyba nawet poza świadomością, bo nie powierzałam Mu codzienności. Jednak modląc się o pracę, modliłam się przecież właśnie o codzienność. Modliłam się o nią, błagam, jęczałam, angażowałam Świętych i tych “mniej świętych”- czyli znajomych (tych ziemskich). Właściwie to nie jestem pewna, czy Niebo nie nosi zatyczek do uszu – bo znowu to ja marudzę… Tak czy inaczej, wierząc w siłę modlitwy o pracę i nie uświadamiając sobie kompletnie (jak by ktoś jakąś czarną chustę na świadomość zarzucił), że Bóg może przyjść do mojej codzienności, modliłam się o nic innego jak o codzienność. Gdzie w tym sens, gdzie logika? Jedynie w Panu Bogu, bo po ludzku to wykluczająca się paranoja.

W końcu interwencja z góry nadeszła. Przez półtora miesiąca mój świat „zawirował” i czułam, jakbym wsiadła do największego Roller Coaster jaki znam. Doświadczyłam: niedowierzania, poczucia winy (że nie dowierzam), morza łez, które zalały moje życie, zaskoczeń, które nazywam “zbaranieniem” i w końcu poczucia, że przecież umiem zrobić to, o czym uparcie twierdziłam, że nie umiem. UMIEM POWIERZYĆ MU SWOJĄ CODZIENNOŚĆ. Wtedy Roller Coaster się zatrzymał. W głowie i w emocjach przestało mi wirować i zdałam sobie sprawę, że w tej szalonej gonitwie Pan cały czas był obok mnie, trzymał za rękę i pokazał mi, że On na to wszystko pozwolił, bo chciał, żebym oddała Mu swoje życie takim, jakie ono jest – również tę zepsutą codzienność, którą uparłam się udoskonalać własnymi siłami, aż powstała jakaś hybryda wątpliwej urody, w której chciałam widzieć dzieło sztuki.

Dziś siedzę i piszę, jak Bóg działa w codzienności, a działa w ten sposób, że jest artystą w tym fachu i z najbardziej beznadziejnej sytuacji potrafi wyrzeźbić piękno i dobro. Działa tak, że zaskakuje obfitością, kiedy tylko Mu na to pozwolimy. Działa w codzienności tak, że nie zostawia nas samym sobie z problemem. Posługuje się ludźmi i Słowem, a w dodatku szanuje naszą wolę, otwiera wnętrze i obdarza łaską poznania, uczenia się nowych rzeczy i innego spojrzenia na świat i tę nudną codzienność.

Bóg doprawia naszą codzienność, tę szarą nudną codzienność solą Słowa Bożego, pieprzem wiary, cukrem bycia obok nas. Wciąż uczę się ufać, wyzbywam się zgorzknienia i nawyków, które wprowadzają mi w życie tzw. „kwas”, ale jedno jest pewne – dzisiaj “moja codzienność” to już nie “moja codzienność”. TO “JEGO codzienność” dana mi w prezencie. Jego- czyli Przedwiecznego, Wszechmocnego, Miłosiernego Ojca; a ja w niej szukam prawdy i powołania, Boga. To jest jedyna droga wyjścia z impasu codziennych problemów.

Justyna Rukieć

od redakcji Theofeela: Tekst Justyny został wyróżniony w naszym konkursie “Bóg działa w codzienności” w kategorii świadectwo. GRATULUJEMY!

Related posts

Post a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *