Scroll to top
© 2021, Theofeel

Czy Bóg jest obecny w mojej codzienności? Jest. To pewne. Chociaż czasem go nie dostrzegam. A może właśnie wtedy jest obecny najbardziej? Z odpowiednią sobie delikatnością stara się przebić wszelkie stawiane przez mnie bariery i wlewając w moje serce poczucie bezpieczeństwa, szepcze: “Nie bój się! Jestem!”. Czasem ten szept jest tak cichy, że ciężko go usłyszeć. Pewnie byłoby łatwiej, gdyby nie moje własne plany na to, o czym decydować nie jest mi dane. I mój krzyk: “Gdzie jesteś?!”, gdy coś toczy się nie tak, jak powinno. Nie tak, jak ja to zaplanowałam. A zamiast tego wystarczyłoby zamilknąć, posłuchać. I zaufać. Tak niewiele, a tak wiele zmienia…

“Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie, o to, co macie jeść i pić, ani o swoje ciało, czym się macie przyodziać. Czyż życie nie znaczy więcej niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie? Przypatrzcie się ptakom w powietrzu: nie sieją ani żną i nie zbierają do spichlerzy, a Ojciec wasz niebieski je żywi. Czyż wy nie jesteście ważniejsi niż one? Kto z was przy całej swej trosce może choćby jedną chwilę dołożyć do wieku swego życia? A o odzienie czemu się zbytnio troszczycie? Przypatrzcie się liliom na polu, jak rosną: nie pracują ani przędą. A powiadam wam: nawet Salomon w całym swoim przepychu nie był tak ubrany jak jedna z nich. Jeśli więc ziele na polu, które dziś jest, a jutro do pieca będzie wrzucone, Bóg tak przyodziewa, to czyż nie tym bardziej was, małej wiary?” /Mt 6.25­30/

Ten fragment towarzyszy mi każdego dnia. Myślę o nim tak często, jak często w moim życiu pojawiają się sytuacje, w których wydaje mi się, że zrobiłam już wszystko i teraz pozostaje tylko czekać na rozwój wydarzeń i wierzyć, że przecież nie jesteśmy sami i troszczyć się zbytnio nie musimy. Czasami to we mnie toczy się walka. “Nie troszczcie się zbytnio”… huczy we mnie głośno, tak, aby zagłuszyć moje tupanie, pretensje i krzyki: “Dlaczego nic nie robisz?! Dlaczego na to pozwalasz?!”. Staram się wtedy zagadać Boga, przekupić, zakrzyczeć, przekonać do swoich racji. A On milczy. Nie reaguje. Wreszcie zsyła na to wzburzone morze swój Pokój. A ja ostatkiem sił szepczę: “Rób co chcesz!”. I znowu okazuje się, że wiedział lepiej.

Sześć lat naszego małżeństwa nie było usłane różami: kilkanaście przeprowadzek, problemy finansowe, dwa lata osobno, na różnych kontynentach, rok na wojnie, dwa poronienia, złamany kręgosłup i ciągła myśl w głowie “Co jeszcze?”. Nie piszę tego po to, żeby się żalić, bo nikomu nie jest łatwo. Wiadomo. Piszę o tym dlatego, by się zatrzymać, zauważyć i zachwycić tym, jak Pan jest dobry i jak nieustannie jest z nami, mimo buntu. Wciąż budzi się we mnie wdzięczność za to, że mimo tego, że nie jest łatwo, wciąż jesteśmy małżeństwem. Straciliśmy dwoje dzieci, ale otrzymaliśmy jeszcze więcej – trzy kolejne, cudowne Skarby. Jesteśmy szczęśliwą rodziną. Poprzez nasze doświadczenia Bóg daje nam nieustannie poczucie, że jesteśmy dla siebie na zawsze ­Mężem i Żoną. Choć wydarzyło się już wiele -­ było nam dane balansować na granicy życia i śmierci oraz poczuć jak niedaleko nam do tego, by rozstać się na zawsze – pewnie jeszcze niejedno nas zaskoczy. Nie raz będziemy wystawieni na próbę. Tysiąc razy będziemy krzyczeć, tupać i płakać z bezsilności. Ale wiem jedno: po nocy nadchodzi dzień, a po burzy spokój i znów da się słyszeć głos: “Nie bój się! Jestem!”. Znowu wszystko będzie inaczej niż zaplanowałam. Będzie lepiej.

Agnieszka Watson

od redakcji Theofeela: Tekst Agnieszki został wyróżniony w naszym konkursie “Bóg działa w codzienności” w kategorii świadectwo. GRATULUJEMY!

Related posts

Post a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *