Scroll to top
© 2021, Theofeel

(czyli drożdżówki według tajemnej receptury Majki M.)

Kiedy w czasie rekolekcji, po powrocie ze spaceru, dom goszczących nas sióstr zakonnych przywitał mnie zapachem drożdżowego ciasta, byłam mile zaskoczona. Bo taki zapach kojarzy mi się z domem, z ciepłem i uśmiechem. Z babcią w fartuchu, z oczekiwaniem na wyrastające ciasto, ze słodkim smakiem racuchów i rozpływającym się w buzi cukrem pudrem. Smak beztroski.

Jedzenie było ostatnią rzeczą, o której myślałam, kiedy wybierałam się na rekolekcje, naprawdę. Ale kiedy w czasie pełnego milczenia i skupienia popołudnia usiadłam przy stole z pysznym, słodkim rogalikiem drożdżowym i filiżanką kawy, okazało się że przez tą sytuację Bóg pokazuje mi tyle rzeczy, jak gdyby była to wpisana przez Niego w rekolekcyjny program kolejna medytacja. O miłości.

Karmią nas małe akty dobroci. To, że ktoś wyjdzie poza granice swojej strefy komfortu i włoży wysiłek w to, żeby ofiarować coś od siebie. Czyjaś hojna odpowiedź na zaproszenie do bycia dla innych. Czyjś wybór, aby dążyć nie tylko do tego, co dobre, ale też – lepsze. Aby być bardziej.

W tym przypadku – ktoś musiał zadać sobie trud zrobienia ciasta, które wymaga trochę uwagi i pracy. Trzeba przygotować rozczyn, poczekać na rosnące ciasto, dokładnie je wyrobić – a kto kiedyś walczył z dużą ilością klejącego się do rąk ciasta drożdżowego, ten wie że to niełatwe zadanie. Trzeba je rozwałkować, wyciąć równe trójkąty i precyzyjnie pozwijać. Mi to zazwyczaj wychodzi fantazyjnie…czyli tak, właśnie – nie do końca równo, niezbyt dokładnie i tak, że nadzienie jest nie na swoim miejscu. Tutaj było perfekcyjnie. Nawet lukier był świadectwem precyzji i dowodem na dużą ilość ciężkiej pracy.

Wzruszyła mnie dobroć okazana w tak prosty sposób, tak cicho, że pewnie nie każdemu udało się ją zauważyć, bo rzuca się w oczy mniej niż pyszny zapach domowego ciasta i bywa odbierana jako coś oczywistego. Wzruszyła mnie, bo poczułam się otoczona miłością, w dodatku w czasie i miejscu, w którym się tego nie spodziewałam.

To było dla mnie bardzo wyraźne zaproszenie do działania w podobny sposób. Do wychodzenia poza to, co oczywiste (jak i tutaj – bo kwestię deseru po obiedzie można załatwić w dużo mniej pracochłonny sposób). Do bycia bardziej dla innych, do wyjścia poza lęk, który podpowiada, żeby działać na pół gwizdka, tak tylko trochę, tak żeby przypadkiem nie przesadzić, nie wychylić się za bardzo, nie narazić na śmieszność. Do bycia w pewien sposób naiwną – do dawania bez liczenia na korzyści z tego płynące, nawet tak pozornie oczywiste jak zwykłe podziękowanie.

Przepis na miłość jest prosty – zauważyć potrzebę, nawet kiedy inni o niej nie mówią. Pomyśleć, co JA mogę dać od siebie, w jaki konkretny (i niekoniecznie wielki) sposób mogę podzielić się czymś dobrym. I ODWAŻYĆ SIĘ wyjść z inicjatywą. Tam gdzie można zadowolić się czymś, co będzie średnie czy byle jakie – odważyć się dać coś, co jest super, co przekracza oczekiwania innych. Zaskoczyć innych przez to, co jest dawaniem w pełni.

Jestem przekonana, że w głębi serca każdy z nas nosi gdzieś takie pragnienie – żeby dać coś z siebie tak w stu procentach. Tak jak skacząc ze spadochronu chcielibyśmy szybować w zapierającą dech w piersiach szybkością, a nie tylko tak trochę – tak jak czekając na wielką miłość śnimy o uczuciu które nas porwie w całości – bo fajnie jest żyć tak naprawdę, czując jego smak i angażując się w pełni.

W jaki sposób to będzie odebrane? Pewnie dla niektórych osób takie działanie będzie zaskoczeniem. Nie zliczę, ile razy słyszałam wypowiadane z ironicznym uśmiechem słowa: „że też tobie się chce…”. Ale jestem mądra powtarzającym się wielokrotnie życiowym doświadczeniem – że jeśli czujesz, że warto coś zrobić, to nawet jeśli wszyscy wokół cię zniechęcają, twoja intuicja się nie myli. Warto działać. A jeśli ty się nie odważysz, to mało prawdopodobne, że za ciebie zrobi to ktoś inny.

P.S. Oczywiście drożdżowe rogaliki były tutaj tylko (smacznym) przykładem. Ale gdyby ktoś chciał spróbować swoich sił, polecam. To jest ciasto, które zawsze wychodzi. Ciasto, która zawsze robię „na oko”, a potem puszczam wodze fantazji w dobieraniu dodatków. Ciasto, które podane dla jakiejś grupy osób łączy ludzi, pomaga zapominać o nieśmiałości i pozwala łączyć swobodne mlaskanie z równie swobodną wymianą myśli i opinii.

Zaczyn:
trochę ciepłego (nie gorącego) mleka
4 łyżki cukru
pół kostki drożdży
– zostaw w spokoju na 10 minut 🙂

Tym, którzy wymagają precyzyjnie podanych ilości i aptekarskiej dokładności, odsyłam do przepisów w książkach kucharskich. Ja kontynuuję w ten sposób: dodaję szklankę ciepłego mleka, dwa jaja, pół kostki roztopionego (i wystudzonego) masła oraz cukier waniliowy. Do tego szczypta soli i mąki tyle, żeby wyrobić ciasto o konsystencji miękkiej plasteliny – prawda, że proste? 🙂 Dobrze wyrobione ciasto przykrywamy ściereczką, odstawimy w ciepłe miejsce na dobrą godzinę (lub czas potrzebny do podwojenia objętości), a potem rozwałkowujemy na placek grubości ok 1,5 cm. Smarujemy go miękkim masłem i puszczamy wodze fantazji. Moje dzieci uwielbiają wersję, w której posypujemy całość cukrem i cynamonem, świetnie sprawdzają się też różnego rodzaju owoce czy masa makowa. Tak przygotowany placem zwijamy i kroimy w plastry grubości 2-3 cm, które układamy na blasze z odpowiednim odstępem i pieczemy w temperaturze 180 stopni, aż będą pulchne i rumiane. Studzimy lub tylko udajemy, że studzimy i konsumujemy na ciepło, mimo że tak się ponoć robić nie powinno. Na każdą porę roku i stan ducha – polecam.

Majka Moller

Related posts

Post a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *